WSTĘPEM....

Blog stworzony tylko w celu rozprzestrzeniania mojej twórczości poza pewnym forum.
Zawiera między innymi treści na temat relacji męsko-męskich tzw Yaoi, lub boys-love. Jeżeli odrzucają cię takie rzeczy - wyjdź stąd, nie zmuszam do czytania.
Pozostałych zapraszam dalej ^^
Oczywiście nie będę zamykać się tylko w tej konwencji, lubię też czasem coś innego napisać, w końcu nie samym Yaoi człowiek żyje.
Najpewniej będę operować, tak jak do tej pory, głównie wokół koreańskich boisbandów, a konkretniej - zespołu Big Bang.

piątek, 7 maja 2010

* * *

tytuł: * * *
seria: Realność jest pojęciem względnym - Part I/?
kategoria: PG13
pairing: none[najwyżej drobinki G-TOP]Jiyong-centric
typ: surrealistyczny pseudoangst, fluff, one-shot
ostrzeżenia: pain
od autora:
Bolały go plecy. Ale to nic...



Bolały go plecy.
Znów musiał przyjąć jakąś dziwną pozycję przez sen, i takie efekty.
Teraz nie może się nawet porządnie wyprostować.
Ale to minie.

* * *

Występ się udał, jak zwykle zresztą.
Mimo upływu czasu ból nie mija. A właściwie jest coraz gorzej i Jiyong ma problem z powtórzeniem układu tanecznego by nie skrzywić się przy nim ani razu.
Typowy, radosny uśmiech, staje się nagle nadludzkim wysiłkiem.

* * *

Kolejny występ. Jeszcze trudniej, a Jiyong oddycha z ulgą po jego zakończeniu.
Jest zły sam na siebie, bo wie, że powinien był wypaść lepiej. Gdyby tylko nie te cholerne…
Czuje jakby coś chodziło mu pod skórą.
Po wszystkim ledwo daje radę samodzielnie ściągnąć kurtkę.
Ale ból jest jeszcze do zniesienia, a wytłumaczenie, że nie spał wygodnie w nocy brzmi dla reszty sensownie.

* * *

Dni mijają powoli.
Zaraz po powrocie do domu, Jiyong rzuca się na łóżko i leży w bezruchu, czekając aż ból, choć trochę ustąpi. Wszystko można przetrwać. Wystarczy czekać.
W nocy śpi już tylko na brzuchu, bo inaczej po prostu nie jest w stanie.

* * *

Cicho wślizguje się do pokoju starszego Seunghyuna i siada w kącie, podkulając nogi i obejmując kolana ramionami. Patrzy chwilę w milczeniu na chłopaka.
“Wszystko w porządku?”
“Nie mogę spać” odpowiada cicho.
Raper delikatnie czochra go po włosach.
“Będzie dobrze”

* * *

Po jakimś czasie do bólu dochodzi swędzenie.
Po pierwszej próbie, GD powstrzymuje się siłą przed drapaniem. Skóra piecze jak poparzona, gdy tylko spróbuje przejechać po niej delikatnie paznokciami.
Jakby zbyt długo leżał na słońcu.
Nowa forma bólu.

* * *

Ma nieprzyjemne wrażenie, że reszta zespołu zaczyna zauważać, że coś jest nie tak.
Nie mogą się dowiedzieć.
Choroba? Lekarze i zwolnienie?
Nie znowu.
Sam wolał nie wiedzieć, co się dzieje.

* * *

Po kolejnym występie wszyscy patrzą na niego zmartwionym wzrokiem.
Ma ochotę krzyczeć. Nie z bólu, a dlatego żeby przestali. Te spojrzenia były chyba gorsze od bólu.
Jest wściekły na siebie. Powinno mu pójść lepiej, zawalił sprawę. I jeszcze gdyby nie te spojrzenia, nie te pytania…
“Jesteś zmęczony?”
W ten sposób… to brzmi dla niego jak ‘byłeś beznadziejny’.

* * *

Staje przed lustrem w łazience i ściąga t-shirt.
Odwraca się tyłem i zerka przez ramię.
Ze zdziwieniem… nie zauważa nic niezwykłego.
Skóra na plecach wydaje się być jak zawsze. Gładka, złocista, z czarnym napisem tatuażu.
GD nie rozumie.

* * *

Ból jest nie do zniesienia.
Ledwo wstaje z łóżka, kręci mu się w głowie.
Jest półprzytomny.
Ale wytrzyma, mimo że przed oczami latają mu czarne plamy.
W końcu do wszystkiego idzie przywyknąć.

* * *

Swędzenie się nasila.
Dziwne uczucie na plecach.
Gdy tym razem staje przed lustrem, skóra jest zaczerwieniona i jakby popękana.
Przejeżdża po niej niepewnie palcami by wyczuć jakby twarde wypustki.
Już zupełnie nic nie rozumie.

* * *

Nagle pozostaje tylko ból.
Pojawia się inne, dziwne uczucie, trudne do określenia.
Plecy ma pokryte delikatnymi, lśniącymi perłowo płytkami.
Patrzy na nie w zamyśleniu.
Przypominają mu… łuski.

* * *

Wciąż ma wrażenie narastania czegoś pod skórą.
I słyszy, że ma się nie garbić, choć jest pewien, że stoi prosto.

* * *

Znów stoi przed lustrem.
Na plecach pojawiło się wybrzuszenie.
Choroba? Zwyrodnienie? Wada…
Zastanawia się czy po prostu kręgosłup mu się popsuł.
Ale łuski są ładne…
Do łazienki wchodzi Seunghyun.

* * *

Nie potrafi wytłumaczyć.
Patrzy tylko przerażonym wzrokiem.
“Nie mów nikomu” powtarza.

* * *

Seunghyun delikatnie przejeżdża palcami po jedwabnych w dotyku łuskach, pokrywających plecy Jiyonga.
Lider aż zamyka oczy z przyjemności, jaką przynosi ten dotyk.
“Przepraszam!” mówi szybko starszy chłopak, bojąc się że go uraził.
“Nie… to miłe…”

* * *

“Założę tę…” mówi cicho, wskazując czarną kurkę pokrytą długim, miękkim puchem. Ukryje garb na plecach.
Wyłącza się. Tańczy, śpiewa, rapuje, ale to wszystko jest poza nim. Nic nie czuje.
Nie ma bólu.

* * *

Czochra delikatnie Gaho za uszami. Obecność psa przynosi mu ulgę.
W jego oczach też widzi pytanie.
Zwierzę trudniej oszukać.
Ale Jiyong jest dobrym kłamcą.

* * *

Znów wchodzi na palcach do pokoju Seunghyuna. On już wie. Jiyong nie musi kłamać.
Kładzie się obok niego na łóżku i patrzy tępo w okno.
“Ja zwariowałem, Hyung…” szept jest prawie niesłyszalny.
Seunghyun chwilę nie odpowiada. Głaszcze tylko delikatnie po coraz większym wybrzuszeniu na plecach chłopaka, a ten cicho mruczy z przyjemności.
“Może… powinieneś pójść do lekarza?” proponuje starszy chłopak, niepewnie.
Jiyong kręci energicznie głową.
Nie.
“Powiesz reszcie?”
Kolejne przeczenie.
“Kiedyś będziesz w końcu musiał. Za wielka bluza już tego nie ukrywa…”
Chłopak chowa twarz w ramionach a jego ciałem wstrząsa szloch. Nie umie powstrzymać łez.

* * *

“Boli?”
Skinięcie głową.
“Wytrzymam. Tylko bądź tu jeszcze chwilę…”

* * *

Kolejne dni.
Nie może chodzić.
Nie jest w stanie się ruszyć, ból stał się jeszcze gorszy.
Nie jest w stanie myśleć.
Czuje jakby narośl na plecach była większa od niego samego.

* * *

Jest przy nim Youngbae.
“Dlaczego nie chciałeś nic nam powiedzieć? Pamiętaj ze jesteśmy przyjaciółmi.”
Delikatnie ściska jego dłoń.
Ale Jiyong już nic nie czuje.
Oprócz bólu.

* * *

Gorączka.
Jiyong szarpie się i rzuca na łóżku, nie mogąc znieść bólu.
Wciąż nie chce lekarza.
On oszalał, lekarz mu nie pomoże.
Już wie, co w nim rośnie, ale spuchnięte usta nie są w stanie wypowiedzieć słowa.
Z oczu ciekną strumyczki łez.

* * *

W amoku zdziera z siebie bluzę.
Plecy mu pękają, ‘TO’ przebija je od środka.
Powietrze wypełnia przeraźliwy wrzask bólu.

* * *

Cztery dni.
Cztery dni bólu przyprawiającego o szaleństwo.
Cztery dni wrzasków i wycia.
Cztery dni…

* * *

Spokój.
Nagła cisza.
Na łóżku leży rozszarpana pościel, mokra od łez i krwi.
Wszędzie są pióra.

* * *

“Zawsze sądziłem, że smoki mają skórzaste skrzydła” śmieje się cicho Seungri, patrząc z zachwytem na lidera.
Jiyong słabo odwzajemnia uśmiech. Wciąż jest zmęczony.
“Są piękne.”

* * *

Znów leży na brzuchu na łóżku Seunghyuna. Jego własny pokój idzie do remontu.
Uśmiecha się lekko i mruczy jak kot z przyjemności, czując delikatny dotyk palców przesuwających się między piórami, głaszczących i czyszczących je.
“Domyśliłbyś się, że…” zaczyna leniwie.
“Wiedziałem” przerywa mu Seunghyun, nie przestając gładzić miękkiego puchu.
Jiyong otwiera nagle oczy zdumiony.
“Jak to?”
“Że to skrzydła? Po tobie można się wszystkiego spodziewać…” jego wzrok już nie jest zmartwiony, a pełen zachwytu i swoistej czułości.
GD się znów uśmiecha. Czuje ulgę, jest szczęśliwy.
Ostrożnie rozprostowuje swoje ogromne, perłowo lśniące, białe skrzydła…

=END=

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz